niedziela, 13 listopada 2016

Smak kiełbasy z ogniska-czyli rajdowe wędrowanie w jesienno-zimowej scenerii :)

 "Wycieczka nr 42 odbędzie się w niedzielę 13 listopada. Wyjazd z Jeleniej Góry pociągiem o godz. 7.53 do Starej Kamienicy. Trasa długości 14 km prowadzi przez wschodni kraniec Grzbietu Kamienickiego Gór Izerskich. W pobliżu stacji kolejowej na wysepce otoczonej częściowo wyschniętą fosą oglądamy niewielkie ruiny zamku, będącego niegdyś siedzibą możnego rodu Schaffgotschów. Obok gotycko-renesansowy kościół p.w. Ścięcia św. Jana Chrzciciela z bogatym i cennym wyposażeniem. Ze Starej Kamienicy przez północny kraniec Kromnowa idziemy do Kopańca. W środkowej części wsi oglądamy gotycki kościół św. Antoniego Padewskiego z barokowym wnętrzem. Następnie przez górną część Kopańca, Babią Przełęcz i dalej zboczem Ciemniaka docieramy do Bobrowych Skał, okazałej grupy skalnej składającej się z kilku wieżyc sięgających 30 m wysokości. Z punktu widokowego na wierzchołku rozciąga się obszerna panorama Karkonoszy, Kotliny Jeleniogórskiej i okolic. Przy sprzyjającej pogodzie rozpalamy u podnóża skał ognisko. Po odpoczynku zielonym szlakiem schodzimy do Górzyńca, skąd o godz. 17.27 odjeżdżamy pociągiem do Jeleniej Góry. Wycieczkę prowadzi Wiktor Gumprecht z Mysłakowic. Uczestnicy we własnym zakresie ubezpieczają się od następstw nieszczęśliwych wypadków, członkowie PTTK z opłaconą składką objęci są ubezpieczeniem zbiorowym."

Po dwóch dniach intensywnego chodzenia ulicami miast,dziś postanowiliśmy wybrać się na rajdową wycieczkę.Wstajemy dość wcześnie,by na spokojnie zjeść śniadanie,wypić kawę,zrobić kanapki,herbatę do termosu i spakować plecaki.Kiedy jesteśmy gotowi idziemy w kierunku stacji kolejowej.Tu spotykamy sporą grupę znajomych,witamy się ze wszystkimi i idziemy na peron,gdzie akurat został postawiony nasz pociąg.Wsiadamy do niego,rozsiadamy się wygodnie i ruszamy ku dzisiejszej przygodzie.
Podróż mija nam bardzo szybko.Wysiadamy na stacji,pociąg odjeżdża,a my idziemy w kierunku kościoła.Przechodzimy obok ruin zamku i bramy Herkulesa-to zostawiamy sobie na później,za chwilę zacznie się msza,więc póki co mamy szansę zajrzeć do wnętrza świątyni.I tak też się dzieje.Wchodzimy tylko na chwileczkę.Kościół jest pełen wiernych i właśnie zaczyna się msza.By nie przeszkadzać,wychodzimy na zewnątrz.Wiktor opowiada historię świątyni,słuchamy i robimy kilka zdjęć,a po nich powoli opuszczamy teren przykościelny.Idziemy w kierunku ruin zamku.

"Kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela.
Pierwotny kościół w tym miejscu był wzmiankowany juz 1370 r., ale mógł istnieć nawet w końcu XIII w. Obecny, gotycko - renesansowy powstał w XV w. (nawa i wieża). Rozbudowany ok. 1624 r. i w XVIII w.
Remontowany w XIX w. oraz w latach 1957, 1975 - 1979 i w 1991 r.
Na wieży dzwon z XV w.
Wewnątrz mamy nawę oraz długie prezbiterium, poszerzone w XVII stuleciu o dwie mniejsze nawy boczne z emporami.
Świątynia ma trzy barokowe ołtarze. Największy z nich, główny, przedstawia scenę śmierci św. Jana, dwa pozostałe stoją po bokach nawy przy łuku tęczowym. Na prawo od zakrystii znajduje się gotyckie sakrarium (schowek w murze na Najświętszy Sakrament i cenne naczynia), w którego drzwiczki wmontowano barokowy portret trumienny. Portrety trumienne są unikalnym zjawiskiem artystycznym polskiej sarmacji XVII i XVIII w. - występują w zasadzie tylko na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej.
Kamienna chrzcielnica pochodzi z końca XV w., ale jej cynowe nakrycie wykonano w 1624 r. Dużej wartości jest drewniana ambona, ufundowana ok. roku 1626 przez Jana Ulryka von Schaffgotscha. Jej korpus podtrzymuje anioł wyłaniający się z obłoków. Na nim rzeźby apostołów, od lewej: Mateusz, Piotr, Jan, Andrzej, Tomasz. Na schodach kolejni: Bartłomiej, Filip, Jakub Starszy, Jakub Młodszy, Juda Tadeusz i Szymon. Baldachim ma od spodu, na tzw. podniebiu, rzeźbę Ducha Świętego pod postacią gołębicy. Na ambonie jest też herb fundatora. Nawa ma kształt prostokąta, jest gotycka, jednak sklepienie zostało w okresie renesansu zakryte płaskim stropem, podzielonym na kasetony i malowanym w ornamenty. Jest to typ malarstwa zwanego patronowym, od patronów – skórzanych szablonów, które przykładano do stropu. Taka technika zapewnia masową i tanią produkcję, a nie wymaga biegłości w sztuce, raz przygotowane patrony umożliwiały wielokrotne powielanie tego samego wzoru. Artyści malarze traktowali ją często jako coś niegodnego lub sztukę gorszej kategorii. Dziś jednak taki strop jest na tyle rzadki, że niezależnie od swej wartości artystycznej robi duże wrażenie na turystach.
Kościół ten jest interesujący ze względu na rzadko spotykane połączenie gotyku z renesansem, a tego ostatniego stylu mamy na terenie Sudetów niewiele.
Wokół kościoła cmentarz z XVIII w., otoczony murem z bramą."-tekst ze strony http://dolny-slask.org.pl/518722,Stara_Kamienica,Kosciol_Sciecia_sw_Jana_Chrzciciela.html
















































































Z zamku zostało niewiele,ale widać,że trwają tu prace.Teren jest sukcesywnie oczyszczany,kamienny most naprawiany i rekonstruowany,więc jest nadzieja że za jakiś czas ruina zamku stanie się atrakcją turystyczną.

"Być może w miejscu, gdzie dziś wznoszą się pozostałości starej kamiennej warowni już w XI lub XII wieku stał jeden z grodów broniących granicy śląsko-czeskiej lub czesko-saskiej. Przypuszczalnie w 1. połowie wieku XIII gród ten został przekształcony w drewniano-ziemny zamek na potrzeby księcia Henryka Pobożnego, a potem przekazany przez Bolesława Łysego kasztelanowi Sibotho Schof, domniemanemu protoplaście znakomitego i możnego rodu śląskich rycerzy von Schaffgotsch. Wzmianka na temat sygnowanego 30 grudnia 1242 roku aktu nadania pochodzi wprawdzie z falsyfikatu, nie wpływa to jednak na wiarygodność samego faktu przekazania zamku.
Ówczesnych następców Sibotho Schofa znani są tylko Johannes Heinze oraz Ulrich Schoff, a potem Gotsche Schoff I. Dla rodu zasłużył się wielce syn tego ostatniego Gotsche Schoff II, właściciel m.in. Cieplic i warowni Gryf. Na fali wspaniałej renomy, jaką uzyskał za życia, jego synowie dokleili do istniejącego członu imię Gotsche i odtąd wołali się Schaffgotsch. Jeden z nich - Henryk - w 1419 objął w spadku osadę Kamienica, a następnie przekazał w posiadanie synowi Johannesowi Schaffgotsch, ten zaś po latach podarował ją własnym z kolei synom: Henrykowi i Peterowi. Obydwaj zmarli jednak przedwcześnie nie doczekawszy się potomstwa, a wraz z ich śmiercią u progu XVI stulecia wygasła kamienicka linia rodu. W efekcie wieś przeszła we władanie Fischbacherów, lecz nie na długo, bowiem już około roku 1550 stała się ponownie własnością Schaffgotschów, konkretnie Kaspara von Schaffgotsch, syna zarządcy księstwa Świdnicy i Jawora. Po Kasparze zamieszkiwał tu jego bratanek Christoph, zaś po jego śmierci w 1601 panem na Kamienicy został Hans Ulrich von Schaffgotsch, bohater tragiczny przyszłych wydarzeń na dworze cesarza Ferdynanda.
Niebawem nadeszły złe czasy dla zamku i jego właścicieli. Ich preludium to pożar latem 1616 roku, w którym gmach spłonął doszczętnie zachowując jedynie stodoły i stajnie. Szybko przystąpiono do odbudowy i około 1630 obiekt powtórnie świecił dawnym blaskiem. Nie minęło jednak dziesięć lat, a zajęły go szwedzkie wojska gen. Stahlhausa w sile czterystu ludzi dokonując licznych zniszczeń, pogłębionych jeszcze w trakcie starcia z nadciągającymi oddziałami niemieckimi. Gospodarz tych ziem Hans Urlich von Schaffgotsch już wówczas nie żył, bowiem pięć lat wcześniej oskarżono go o spisek przeciw cesarzowi Austrii, aresztowano, a następnie ścięto. Wszystkie jego dobra zostały skonfiskowane, rozparcelowane i sprzedane - wieś Stara Kamienica za 100.000 guldenów kupił węgierski magnat Nikolaus hrabia Palffy von Erdor. Po śmierci hrabiego w 1679 majątek przez krótki czas należał do Eleonory von Palffy, a potem do Waltera von Gallo i jego żony Sybille hrabiny von Zierotin. W roku 1706 właścicielem zamku został Johann Joachim von Zierotin, który jednak rzadko tu bywał, prowadząc lokalne interesy za pośrednictwem zaufanego urzędnika. Podobnie czynił jego syn Ludwig hrabia von Zierotin baron von Lilgenau, gospodarz Starej Kamienicy od roku 1718 do 1756, gdy nabył ją jeleniogórski kupiec Friedrich Schmidt. Po jego nagłej śmierci w 1757, rok później wybuchł we wsi pożar, w wyniku którego zniszczeniu uległ zamek wraz z farbiarnią i dziesięcioma innymi domostwami. Stary gmach nie został już odbudowany i porzucony popadł w ruinę, choć jeszcze do końca XIX stulecia wykorzystywano jego wieżę pełniącą funkcję składnicy płodów rolnych.
Gotycko-renesansową warownię wzniesiono z łamanego kamienia na planie zbliżonym do prostokąta o bokach 37x55 m, a następnie otoczono fosą, być może przylegającą bezpośrednio do murów, stąd czasami obiekt ten zalicza się do tzw. zamków wodnych. Było to założenie dwuskrzydłowe o nieznanej dziś wysokości, z dostawioną od strony zachodniej trzy- lub czterokondygnacyjną basztą bramną. W 1562 roku gmach został przebudowany w stylu renesansowym, o czym informowała nie zachowana do czasów obecnych inskrypcja z datą przebudowy znajdująca się nad głównym wejściem.
MORDERSTWO
W grudniu 1615 na zamku starokamienickim gościł Bernhardt von Schaffgotsch, daleki kuzyn właścicela lokalnych dóbr Hansa Urlycha. Obydwaj młodzieńcy, choć różnił ich stan społeczny, studiowali wspólnie na kilku uniwersytetach, wspólnie też odbyli długą podróż po Europie. I właśnie ów ubogi kuzyn stał się ofiarą tragedii, do której doszło z nieznanych nam przyczyn w piwnicach zamkowych, 17-go dnia miesiąca w godzinach wieczornych. Otóż wówczas niejaki Friedrich Rottig, służący Bernhardta, pchnął swego pana rapierem w lewą pierś i przeszył go na wylot. Sprawcę, pomimo prób ucieczki, szybko złapano, uwięziono i już dwa tygodnie później wykonano na nim okrutny wyrok: Rottigowi odrąbano prawą rękę, następnie kat przebił serce, które po chwili wykrojono z martwego już ciała. Później zwłoki poćwiartowano i przy użyciu gwoździ przybito do czterech słupów szubienicy, najwyżej wieszając głowę i ową odciętą dłoń."-tekst ze strony http://www.zamkipolskie.com/starakamienica/starakamienica.html

"O POKUTNICACH ZE STAREJ KAMIENICY.
     Wnuk księcia Henryka Pobożnego ksiąze Bolko z Jawora miał w swej drużynie kusznika o imieniu Żyboł.Kusznik ten pochodził z rodziny wiejskiego pastucha , który na podgórskich łąkach pod Karkonoszami owce pasał, a że celnością niejeden raz ludzi zachwycał i zdumiewał, w niejednej bitwie  z ojcem Bolka, księciem Rogatką, brał udział.Młodemu księciu Żyboł też wiernie służył i raz nawet podczas  walk z księciem  Henrykiem  z Głogowa o Bolesławiec , księcia Bolka własna piersią obronił. Ostrze miecza , które spaść miało na Bolka, jemu ciężką rane zadało i chociaż Żyblo był synem pasterza wiejskiego , na rycerza na placu walki pasował go książę. Tak kusznik Żyboł rycerzem został, a w znaku on i jego potomkowie, po wsze czasy z łaski książęcej mieli nosić owce pod lipa stojącą. Żyboł nie nacieszył sie jednak szczęsciem zbyt długo. W trzy dni później zmarł z odniesionej rany i upływu krwi, ale przed śmiercią zdążył wyjawić księciu największą tajemnice swojego życia.Konający rycerz powiedział ,ze piętnaście lat temu , gdy z księciem Rogatką był w Italii, miał jedynego nieślubnego syna z pewną ladacznicą toskańską. Poprosił więc księcia, by po jego smierci zaopiekował się tym chłopcem i na prawego rycerza wychował. Z wdzieczności za uratowanie zycia książe Bolko obiecał konajacemu spełnić jego prośbę i w kilka niedziel później, po powrocie do swojego zamku w Jaworze, wysłał mnicha i polecił mu odnaleźć i na wychowanie jakiejś szlacheckiej rodziny oddać.Dobrze sprawił sie wysłannik księcia. Odnalazł syna rycerza Żyboła we wsi Sibotto i oddał na wychowanie burgrabiemu  w Livorno. Cztery lata młody Żyboł przebywał w Toskanii.Przy boku burgrabiego ogladał turnieje rycerskie, nauczył sie łaciny i dobrze władać mieczem. Potem młody Żyboł na rycerza został pasowany i od tego momentu Żabott na niego wołano. Po piątym roku edukacji przywiózł go mnich na Dolny Śląsk, do Jawora i przed księciem postawił.Musiał ksiaże Bolko po łacinie z nim rozmawiać , bo italskiej mowy nie znał, a młodzik niewiele po polsku sie nauczył. Młodzieniec chciał służyć wiernie  księciu tak jak jego ojciec. Bolko zgodził się , a Żabott słuzył mu wiernie i niejeden raz swa tarczą osłaniał, za co tuż przed smiercią nadał mu książe, ciepłą jeszcze ręką, stary , kamienny kasztel nad rzeką Kamienicą, koło Jeleniej Góry. W rok później wdowa po księcu Bolku, księzna Beatrycze wezwała go do siebie i ze swą hafciarką, Niemką Hildegardą, ożenić mu sie rozkazała.Spełnił rozkaz żony i z niemłodą juz Niemką do ołtarza, do ślubu poprowadził.W niecałe pół roku później powiła Hildegarda dziecko, które na polecenie starszej królowej, mimo że ojcem jego był jakiś knecht niemiecki, który przez Jawor przejeżdżał, uznał za swoje.Tak to stary zamek w Kamienicy, którą juz wtedy Starą Kamienicą nazwano, zyskał pana i panią, którzy synowi niemieckie imiona,Otto-Gotsche, na chrzcie nadali.Wzrastało to chłopię czysto niemieckiej krwi, a gdy do swoich lat doszło , za namową żony posłał go ojciec do Niemiec na naukę.Nie cieszył sie rycerz Żibott kasztelem przez księcia mu nadany,bo poddani  i służba na niego krzywo patrzyli i za Niemca go uważali, bo po polsku nie nauczył sie mówić.Z syna po powrocie z Niemiec, też pociechy żadnej nie miał. Któregoś dnia Żibott sie rozchorował i samotnie w swojej komnacie zmarł,a zamek po nim przejął syn wraz z matką.Rządy jego były twarde,a życie poddanych nie było lekkie.Poddani musieli ciężko pracować, a ci co sie sprzeciwiali to zamykał w lochach.Był taki jeden wsród tych zamknietych,co Mraka na niego wołali,zbuntował sie i do ksiecia po sprawiedliwość poszedł.Otto-Gostsche kazał za to jezyk mu obciąć i oczy wydłubac.Buntowali sie też inni poddani,lecz czekały za to ich dotkliwe kary tj. obcinanie obu rak, głowy, paleniu na stosie.W kilka lat później ożenił sie Otto-Gotsche z hrabianką z Saksonii i trzech synów z nią miał.Byli tak samo okrytni jak ich ojciec.Któregos dnia,gdy ojciec był juz stary i chory,a matka na zamku rzady sprawowała,najstarszy syn postanowił sie ożenić.Tłumaczył matce że juz do swoich lat doszedł i że ma w Jeleniej Górze upatrzoną na żonę córke pewnego bogatego kupca.Nie podobało sie jednak matce, tłumaczyła mu to parokrotnie,ale gdy ten uparcie przy ślubie obstawał,za odpowiednią zapłatą znajomą mieszczankę z Jeleniej Góry namówiła i ta synowej trucizne podała.Zmarła synowa w bólach okropnych w rękach młodego Schofa,a on po pogrzebie przesłuchał całą służbę i doszedł do tego,kto jego ukochaną zamordował.Mimo oporów porwał jeleniogórską mieszczanke do Starej Kamienicy i tu stosując różne tortury wymusił z niej przyznanie sie do winy.Dowiedział sie też za czyją namową uśmierciała jego ukochaną.Zmusił matkę i trucicielkę do wypicia tej samej trucizny,a nastepnego dnia kazał je obie pochować w podziemiach zamku.Od tego dnia na zamku zaczeły pokazywać sie o północy  duchy dwóch kobiet.Widywano je i opowiadano,że jedna na drugą wskazywała i że poruszając wargami wypowiadały jakies słowa.Głosu ich nie słyszał nikt,podczas gdy gesty rąk i ruch warg widywało wielu.Dopiero po 1661 roku,gdy zamek był niezamieszkały i zaczął popadać w ruinę,młody proboszcz z miejscowej parafii zainteresował sie opowiadaniami miejscowych ludzi.Spędził on podobno 17 nocy w zamku,chcąc rozwiązać zagadkę tych dwóch potępionych dusz.Udało mu sie w pewną noc księzycową o północy dostrzec dwie postacie kobiet i nawet zdołał rozstrzygnąć,że obie powtarzały bezgłosne po niemiecku te same słowa "ONA JEST WINNA" Do dziś nie wiadomo, czy proboszczowi udało sie rozmawiać z duchami kobiet podczas nocnego z nimi spotkania, ale wiemy że w najbliższą niedziele odprawił on wsród ruin zamku mszę i już wiecej sie one nie ukazały."-tekst ze strony http://roswel.bloog.pl/id,820630,title,LEGENDA-,index.html
















































Wchodzimy najpierw na kamienny most.Kilka zdjęć i prawie cała grupa wędruje w kierunku ruiny wieży bramnej.Ja mam jakiegoś lenia i nie idę tam.Zostaję chwilę na moście,robię zdjęcia i idę ulicą,oglądając ruiny z daleka.Z rajdowiczami spotykam się na skrzyżowaniu dróg,dołączam do Nich i razem już wędrujemy przez Starą Kamienicę.


























































Idziemy skrajem asfaltowej drogi,która wiedzie nas ze Starej Kamienicy do Kromnowa,z stamtąd do Kopańca.Tu przed pierwszymi zabudowaniami wsi,dostrzegamy w polu skalnego ostańca.Jest to Młyniec.Już tu kiedyś byliśmy i Radek nawet wchodził na szczyt skały,a było to tak: http://podrozedanusiiradka.blogspot.com/2014/04/oto-kwiaty-dzisiejszego-rajdu-na-raty.html

Dziś oglądamy Młyńca z ulicy.Nikt z rajdowej grupy nie poszedł w kierunku skały....
Idziemy przez wieś skrajem asfaltowej drogi,która pnie się coraz wyżej i tak docieramy do kościoła św.Antoniego Padewskiego,u jego podnóża postanawiamy zrobić sobie krótki postój na śniadanie i odpoczynek.
























Po posileniu się i odpoczynku,powoli ruszamy dalej.Schodzimy z asfaltowej ulicy,na błotną drogę między gospodarstwami.Całe szczęście że jest mroźno,bo bloto nie chlupie nam pod nogami,tylko troszkę skrzypi.Droga wyprowadza nas w pola.Wędrujemy między łąkami z przepięknymi widokami.W oddali widać oszronione,białe drzewa,a poniżej zieleń pól i rudości niespadniętych jeszcze z drzew liści.By obraz był piękniejszy,na niebie króluje oszałąmiający błękit z oświetającym wszystko słońcem.Przystajemy zauroczeni.Wpatrujemy się w piękno nas otaczające,robimy zdjęcia,a po nasyceniu się nim troszkę,niespiesznie idziemy dalej,wkraczając do lasu.


































Krótki odcinek leśnej drogi doprowadza nas do wielkiej polany-łąki,na której tuż koło brzózek dostrzegamy kamienny krąg.Idziemy tam.Każdy kamień to znak zodiaku.Odszukujemy swoje i robimy zdjęcia.Trochę nam to zajęło czasu,więc rajdowicze dawno już poszli dalej,a my z Pawłem niespiesznie docieramy do drogi asfaltowej.I chwila zastanowienia-dokąd teraz? W którą stronę? Paweł dzwoni do Jarka,ale się nie dodzwonił,więc kolejny telefon jest do Wiktora.Po krótkiej rozmowie,skręcamy w prawo.Wędrujemy skrajem asfaltowej drogi,a po jakimś czasie schodzimy z niej w szutrową,wijącą się między polami.


































Kiedy tak idziemy,droga wkracza do lasu.Jesteśmy też coraz wyżej,bo dookoła nas krajobraz jest przypruszony niewielkim śniegiem i mrozem,a poza tym czuć chłód w powietrzu.Gdy jesteśmy niedaleko skrzyżowania wielu dróg leśnych,dzwoni Pawła telefon.To Jarek,który pyta gdzie jesteśmy i mówi Pawłowi jak mamy iść dalej.Zatrzymujemy się na chwilkę na Polanie Czarownic.Robimy kilka zdjęć i ruszamy,skręcając w drogę oznaczoną niebieskim szlakiem.Wędrowanie umilamy sobie rozmowami i robieniem zdjęć.Las wygląda bajkowo.Rudości mieszają się z bielą i zielenią.Jesień z zimą toczy walkę....




























Kiedy do naszego niebieskiego szlaku dołącza zielony,wiemy już że jesteśmy niedaleko Bobrowych Skał,poza tym mija nas co jakiś czas grupka ludzi.

"Bobrowe Skały (niem. Bibersteine) – granitognejsowe skały na północno-wschodnim stoku góry Ciemniak (699 m n.p.m.) w Górach Izerskich, we wschodniej części Kamienickiego Grzbietu. Od północnej strony ściana skalna wysokości około 25-30 m. Na szczycie znajduje się dobry punkt widokowy na Karkonosze (szczególnie ich zachodnią część) oraz Kotlinę Jeleniogórską i w oddali Rudawy Janowickie. Na szczyt skałek prowadzą metalowe schodki. W pobliżu w latach 30. XX w. mieściła się tu popularna restauracja i wieża widokowa, dziś pozostały tylko resztki fundamentów."-Wikipedia.

Oczywiście wszyscy już są na miejscu i smażą kiełbasy nad płonącym ogniskiem.Ściągamy plecaki,wyjmujemy jedzenie i zaczynamy biesiadowanie.Zapach smażonych kiełbasek unosi się ku górze,kusząc innych,bo co jakiś czas docierają tu kolejni spacerowicze.My posilamy się,rozmawiamy,śmiejemy,robimy zdjęcia,a czas powolutko sobie płynie.Przy ognisku jest ciepło,ale już ciut dalej,ciągnie mroźnym chłodem,więc i co niektórzy zaczynają powoli się zbierać w drogę do Górzyńca.Zanim ruszą,robimy sobie jeszcze grupowe zdjęcie,a po nim żegna się z nami kilka osób.












































































Kiedy zaczynamy marznąć,postanawiamy powoli ruszyć do Górzyńca.Zbieramy wszystkie nasze rzeczy,pakujemy je do plecaków i opuszczamy Bobrowe Skały.Droga przez las najpierw wiedzie delikatnie w dół.Usłąna jest dość grubą warstwą rudych,suchych,szeleszczących przy każdym kroku liści.Pięknie to wygląda,ale sprawia też trudności,bo ukrywa w ten sposób wszystkie nierówności i wystajace kamienie,więc wędrówka w dół jest dość powolna.






















Mimo spokojnego,powolnego,spacerowego kroku,na przystanek kolejowy w Górzyńcu docieramy z ogromnym zapasem czasowym.Wykorzystujemy ten czas na sesje zdjęciowe,picie gorącej herbaty i rozmowy.














































To się nazywa wyczucie czasu :)

Czekając na pociąg,dołączył do nas pies.Łaskawie podstawiał łeb do głaskania,obwąchiwał każdego z nas-pewnie pachniała mu kiełbasa z ogniska....,ale kiedy zza zakrętu wyłonił się nasz pociąg,zwyczajnie nas zostawił i pobiegł z powrotem do domu.Ot taki sobie koleżeński pies !!!
My wsiadamy do pociągu.Jest pełen pasażerów,więc o wolne miejsca trudno,ale jakoś udaje nam się je znaleźć,więc rozsiadamy się wygodnie.Podróż do Jeleniej Góry mija nam szybko i bezproblemowo.Jesteśmy zadowoleni z dzisiejszej wędrówki i spotkania się ze znajomymi. Było cudownie.
Kończy się nasza kolejna wycieczka,pora więc na następną,która już niebawem :)

Do zobaczenia :)

Pozdrawiamy wszystkich serdecznie,życząc miłej lektury :)

Danusia i Radek:)

P.S.
Zdjęcia tu dodane są Pawła,Bolka,Radka i moje.